środa, 5 kwietnia 2017

Jak to nie zostałam sławna i bogata i phi, co z tego

Niedawno stwierdziłam, że marzenia są przereklamowane jak pierogi ruskie i seks siedem razy w tygodniu.
A to, że można je podzielić na trzy podstawowe rodzaje - marzenia łatwe do spełnienia, marzenia trudne do spełnienia i marzenia niemożliwe do spełnienia - to bzdura!
Jest jeszcze czwarty rodzaj - marzenia ku*ewsko niemożliwe do spełnienia.
Oto jedno z nich.

Zacznijmy od tego skąd ono się w ogóle wzięło. Skąd myśl akurat o tym?
Bo dlaczego na przykład nie o wizażu paznokci? Albo o robieniu na drutach? Lub o hodowaniu tkankowców właściwych? Przecież ja nawet nie byłam dobra z polskiego.
Raz tylko wzięłam udział w jakimś literackim konkursie, chcieli, bym opisała jakieś ekstremalne przeżycie z własnego nieletniego podwórka, a że miałam dwanaście lat, to o seksie przecież nie mogłam.
Do dziś twierdzę, że szanowne jury nie doceniło mojego talentu i w ramach protestu obraziłam się na panią z polskiego. No przecież tak pięknie napisałam o łzach, które sprawiły, że kwiecista tapeta rozmyła się w wilgoci rozpaczy... czy jakoś tak...
A oni mi nawet nie dali dyplomu!
Jak więc widzicie w szkole nie odkryto mojego niezaprzeczalnego talentu - ani w tej podstawowej, ani w sumie w żadnej innej.
Skąd zatem myśl, żeby pisać?
Żeby jeszcze bloga, albo dziecku wypracowanie (chociaż akurat praktyki tego pokroju uważam za wysoce niewychowawcze), albo nawet jakieś mini-opowiadanko, ale powieść? Czterysta stron o tym, że on ją kocha i ona go w sumie też, tyle, że o tym nie wie, bo ktoś ją w dzieciństwie zepsuł i ona teraz to tak do tej strony trzysta dziewięćdziesiątej będzie pitolić i pitolić...
No skąd?
Ano było to tak...

Pewnej czerwcowej nocy obudziłam się zlana potem, bo mnie gonił pies od sąsiadów (jeden z tych co urywają nogę jednym kłapnięciem pyska) i kiedy próbowałam wyrównać oddech postanowiłam, że napiszę książkę. Ot tak. Wezmę i napiszę.
No więc rano wymyłam zęby, usiadłam przed komputerem i wzięłam się do roboty. I napisałam pierwsze, wysoce wybitne zdanie to już kolejna noc, kiedy ze snu wyrwało ją poczucie permanentnej klęski i już wtedy wiedziałam, że książka sprzeda się w milionowym nakładzie.
Ale zanim te miliony papieru...
To przecież był dopiero początek. Gdzie tam ostatnie zdanie? Ono miało się urodzić dopiero za.... dwadzieścia cztery miesiące. Przecież nawet słonie tak długo nie chodzą w ciąży!
Czekały mnie zatem dwadzieścia cztery trudne miesiące – miesiące ciężkiej pracy, chwil kompletnego zwątpienia i momentów euforii, miesiące braku czasu, nerwów i przekonania, że jednak dam radę!
I oto w czerwcu, dwa lata później, wykończona i szczęśliwa postawiłam kropkę tuż za ostatnim zdaniem:
Muszę się przyznać do winy.
Cudne uczucie.

I wiecie, co wam powiem? Choć wydawcy milczą, a trzech nawet coś napisało (ale to akurat mi się nie podobało), jestem z siebie trochę dumna!
A co! Kto biednemu zabroni?

I to by było na tyle z tą moją pisarską karierą na miarę stwórczyni Pottera, albo choć taką, żeby mi się za prąd zwróciło.

PS. A książka zostanie wydana!
PDF też się dobrze czyta J

39 komentarzy:

  1. Nie wierzę wuasnym oczom!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wierzę w ciebie!!!!

      Usuń
    2. ale, że co? przecież nie umarłam :)

      Usuń
  2. I wiesz, ze brawa i szacun. :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Ryba! Ty jak ci polscy Niemcy, co po dwóch tygodniach na obczyźnie nie umieli mówić po polsku, nie mówiąc o rozumieniu? ;PP

      Usuń
    2. ale po 20 latach to chyba mam prawo???!!!!

      Usuń
  4. Ty wiesz, co ja myślę na ten temat :-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tam wiem,że mam rzesze fanek... no dobra, może nie rzesze, ale trzy mam :*

      Usuń
    2. to która ja jestę, hę? ;)

      Usuń
    3. niech ci będzie.....;)

      Usuń
  5. Mamma, przecież wiesz, żeś wielka!
    i miło się to czytało:)
    Może wrócisz na bloga?

    OdpowiedzUsuń
  6. Czekam więc na ten bestseler :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja tam nawet w pdf poczytam:D

      Usuń
    2. a ja chciałam tak ładnie, w okładce ze skrzydełkami :(

      Usuń
    3. to okladki wydrukuj, a reszta w pdfie. ;)

      Usuń
    4. Lola, Ty to masz łeb :). Czy zechcesz zostać mojom menedżerkom? :)

      Usuń
    5. Juz biegne zrobic sobie zdjecie legitymacyjne na wizytowki. ;)

      Usuń
  7. No wróciła, ja wielki fan tego bloga chętnie przeczytam i powieść. Daj namiary jak będzie. Gdzie i jak kupić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boszzz... Nomadzie, ty jesteś mi wierny, jak mój mąż :)
      Dziękuję! :)

      Usuń
  8. Dyplomy zawsze dostają ci, co je odbierają tym, co ich nie dostali, więc wolę tych bez dyplomów, o! Przeczytałam ostatnio kilka udyplomowanych książek i nie rozumiem ani ich wydawców, ani tym bardziej "zachwyconych czytelników". No, ale to wiemy ;-).

    Także ten ten-tego…

    Ty to chociaż obudziłaś się raz a dobrze z tym przekonaniem o konieczności (pragnieniu, przymusie, chciejstwie, czymkolwiek) napisania książki i napisałaś! Inni budzą się wielokrotnie z jakimś olśnieniem i nadal pozostają w ciemności ;-).

    No i jak wiesz - ja za tą Twoją książką to stoję murem jak... Masaj na jednej nodze i z dzidą gotową :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A na co/kogo Ty tę dzidę szykujesz, hę?

      Usuń
    2. Na wszystkich co Ci książki nie wydają! ;-) ;-) ;-)

      Usuń
  9. zawsze możesz się uprzeć i sama wydać, a co? kto bogatemu zabroni ;))) a seks 7 dni w tygodniu jest faktycznie przereklamowany??? hm......

    OdpowiedzUsuń
  10. No to wzbudzilas we mnie pragnienie-chce ja przeczytac!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. Osobiście postoje po autograf!

    OdpowiedzUsuń
  12. heja :)
    wracam na blogi :)
    wow super nowina trzymam mocno kciuki i ustawiam się w kolejce :)

    OdpowiedzUsuń